Miałem nadzieję, że Krystian zabierze wiatr. Nie zabrał. Wieje coraz mocniej, a ja coraz mocniej zaczynam obawiać się o zrealizowanie mojego planu przepłynięcia całego szlaku Wisły w zaplanowanym czasie. Wypływam przed ósmą i ciężko jest. Pochmurnie i zimno, zaledwie trzynaście stopni ciepła. Po godzinie zauważam młodego jelonka przepływającego z prawego na lewy brzeg. Udaje się zrobić fotę. Lubię takie widoczki. By jeszcze bardziej poprawić sobie nastrój, lub ewentualnie popsuć, dzwonię na połaniecką elektrownię by dowiedzieć się o stan jazu piętrzącego. Okazuje się że mimo niskiego stanu Wisły, jaz dzisiaj nie piętrzy wody czyli nie mam przeszkody. Po godzinie przekonuję się o tym naocznie. Hurra. Dodaje mi to sił na dalszą walkę z wiatrem i czasem.. Po 2 i pół godzinie spotykam kolegę z fejsa - Jacka który uprzedził mnie, że wypłynie mi naprzeciw, i choć przy tych warunkach pogodowych nie dowierzałem że się spotkamy to jednak przypłynął. Chwilka rozmowy i każdy płynie w swoją stronę. Miło było. Przed Tarnobrzegiem na wielkiej piaszczystej łasze pod mostem widzę dużą grupę kajakarzy schodzących na wodę, chyba z trzydzieści kajaków. Że też im się chce w tak wietrzną niedzielę ;-). Jest już chociaż słonecznie. O piętnastej mijam Sandomierz prawie bez zdjęć , bo fale nie pozwalają cykać fotek. Od ujścia Sanu które mijam o osiemnastej, wiatr nieco się uspokaja i rzeka przestaje falować. Mijam się co jakiś czas z łodziami reprezentującymi jakieś flisackie bractwo, płynącymi w stronę Sandomierza. Pozdrawiamy się, a ja korzystając z dużo obecnie lepszych warunków pogodowych nie przerywam wiosłowania, mijając Zawichost i kończąc dzisiejszy dzień o dwudziestej naprzeciw ujścia Sanny kawałeczek przed mostem w Annopolu. To okolica kilometra 296. Tak więc moje opóźnienie wynosi już 34 kilometry a za mną dzisiaj 91 km. Ehh.