Startuję dziś kwadrans po ósmej, a niespełna pół godziny później jestem obok MOR - Rezerwat Przyrody Sokóle, gdzie na skrzyżowaniu dróg, pod wiatą stoi rozbity namiot jakichś rowerzystów. Nieźle. Tutaj Green Velo prowadzi do Grabarki, ale mając w pamięci wczorajszą pielgrzymkę, domniemam że może być tam wielu pątników, a ja już tam kiedyś byłem, więc jadę prosto na Mielnik, pamiętając że pan od kanadyjki mówił że będę miał tylko z górki. Rzeczywistość jednak jest nieco inna, bo żeby wjechać z górki do Mielnika, trzeba się najpierw na sporą, z siedmiopromilowym pochyleniem górkę wspiąć. Daję radę i po szybkim objechaniu i obfotografowaniu miejscowości , kwadrans przed dziesiątą jestem przy faktycznie dzisiaj nie działającym promie. Szybko pojawia się syn i córka pana od kajaków i pakujemy się na kanadyjkę. Nie bardzo widzę możliwość ułożenia roweru, dlatego siedzę trzymając go na stojąco, a młody kanadyjkarz wiosłuje na drugi brzeg. Przyznać muszę, że mam trochę pietra, bo nieco się bujamy, ale szczęśliwie dopływamy na drugi brzeg. Tu kilka kamieni nie pozwala dobić do samego, suchego brzegu dlatego ja, znany z ulubienia suchej stopy w kajaku ;-), wyskakuję jedną nogą w obuwiu i skarpetce do rzeki, by uratować i nie zmoczyć reszty sprzętu. Udało się. Kwadrans po dziesiątej ruszam w dalszą drogę, korzystając ze słońca jadę w samej skarpecie z butem powieszonym na kierownicy, by szybko się wysuszył :-). Mam wrażenie, że do tej pory moja trasa prowadziła biedniejszą Polską, tą „zza Buga”. Bug w tym miejscu tworzy granicę województw Podlaskiego i Mazowieckiego i po tej mazowieckiej stronie, od razu piękne przybytki dla turystów, a wzdłuż drogi prowadzącej wzdłuż Bugu mnóstwo ośrodków wypoczynkowych, choć przyznać trzeba, że niektóre mają już swoje lata i może dlatego na co drugim, trzecim zawieszka ;”obiekt do sprzedania”. Trasa wzdłuż obustronnie polskiego Bugu ciągnie się przez piętnaście kilometrów, trafiam na wieżę widokową i zaczyna się jazda wzdłuż Bugu granicznego, który doprowadza mnie po blisko pięćdziesięciu kilometrach do słynnego Janowa Podlaskiego. Chwilę zwiedzam rozkopane miasteczko z hotelem goszczącym tydzień temu bogatych gości chętnych do zakupu pięknych koni arabskich, na aukcji Pride of Poland. Do stadniny już nie jadę, jest mi zbyt gorąco. Szybki kebab i odjazd do pobliskiej Biedronki na obkupienie się głównie płynami. Następny przystanek po blisko piętnastu kilometrach to Pratulin. Wioska w której działa parafia św. Apostołów Piotra i Pawła w której kościół parafialny jest jednocześnie sanktuarium poświęconym zamordowanym w 1874 roku Unitom. Unici to całkiem inna i niewesoła historia. Po objeździe miejscowej drogi krzyżowej, ruszam dalej mijając czołg na granicy Rezerwatu Przyrody Szwajcaria Podlaska a dalej most na Krznie w Neplach gdzie dawno temu przepłynęliśmy się z córką kajakami, no i pustą drogę prowadzącą do słynnego przejścia granicznego w Kukurykach. Dalej nie mniej słynny Terespol. Nie zwiedzam go, bo już po siedemnastej a ja nie chciałbym tu nocować. Oddalam się nieco od granicy, by po przejechaniu blisko stu kilometrów zbliżyć się do niej na tyle, że Bug płynie trzydzieści metrów od drogi którą jadę, a co kilkadziesiąt metrów na brzegu wkopane są wysokie słupy na których zamontowanych jest po kilka kamer widzących wszystko naokoło. To miejscowość Żuki w której myślę zanocować gdzieś przy ludziach, by nie mieć problemów z pogranicznikami i przede wszystkim podładować akumulatory i powerbanki. Z czterech chałup w wiosce, trzy pozamykane łańcuchami a z czwartej z otwartą bramą wyskakuje na mnie psiur ujadający niemiłosiernie. Ledwo udaje mi się oddalić nie pokąsanym. Znowu przypominam sobie o zakupie gazu pieprzowego na podobną wyprawę. Uciekam przed psem blisko pięć kilometrów mijając obwałowania Fortu "N" Twierdzy Brzeskiej i trafiając w końcu na Agroturystykę Kostomłoty nad Bugiem. Mam nadzieję na pozostanie tutaj, ale smsowy kontakt z właścicielką zbyt słono liczącą sobie za dwa metry kwadratowe trawy i gniazdko do podładowania elektryki nie pozwala mi tu zostać. Pedałuję jeszcze dwa kilometry i po przejechaniu 104 km. docieram do Cerkwi św. Nikity Męczennika - Sanktuarium Unitów Podlaskich. Jest to jedyna w Polsce czynna parafia Neounicka (obrządku bizantyjsko-słowiańskiego) z pochodzącą z pierwszej połowy XVII wieku drewnianą Cerkwią położona na sporym terenie z dużą wiatą imprezową ;-) i muszlą koncertową na której akurat odbywa się próba śpiewu miejscowego zespołu, może chóru. Starsi panowie zainteresowani moim przybyciem, mówią że dobry tu proboszcz i na pewno pozwoli mi przenocować. Nim do niego dotrę, pod wiatą już ładuję wszystkie baterie. W międzyczasie dzwoni do mnie Piotrek z informacją że po północy czeka mnie załamanie pogody, więc dobrze byłoby zanocować pod tą wiatą. Z daleka dostrzegam jakiś ruch przy Plebani. Biegnę i otwiera mi proboszcz pozwalając bezwarunkowo na przenocowanie pod wiatą. Rozkładam tylko sypialnię namiotową, szykuję sobie bułeczki na kolejny dzień i idę spać bo już ciemno. Jest cichutko, ale faktycznie po północy zaczyna mocno wiać, troszkę padać i gdzieś w oddali grzmieć. Byle do rana, w tym miejscu nie zmoknę :-).Przejechałem 104 km.