Odjeżdżam z lasu, gzy mnie nie zauważyły, a może przeszkadza im wiatr który ostro dmucha od rana nieco mnie przeszkadzając. Jadę znowu zbliżając się do granicy. Po dziewiątej mijam Pałac Łosiów w Narolu, ale o tej porze wstęp za bramę obiektu nie jest możliwy. Jadę dalej – do biedry, a później na miejscowy rynek. Kilka fotek i przez most nad Tanwią do Rezerwatu Przyrody Źródła Tanwi. Tych nie odnajduję, ale za to trafiam pod wodospad w Starym Bruśnie na rzeczce Brusienka. Dziesięć minut później odbijam by zobaczyć bunkry na wzgórzu Hrebcianka. To część linii mołotowa. Chwilkę później w lewo odbija ścieżka dydaktyczna na górze Brusno. Może być fajna, ale nie dla obładowanego roweru. Rezygnuję z odwiedzin i kręcę dalej, pomiędzy dwoma kamiennymi słupami jakby od jakiejś bramy, której już nie ma, a za którą rozpościera się rozległy widok na daleką okolicę i odległe góry, no i wreszcie mam z górki. Aż do Zespołu Cerkiewnego pw. św. Paraskewy w Nowym Bruśnie. Tu obowiązkowa sesja zdjęciowa i kierunek Horyniec Zdrój. Miasteczko – uzdrowisko. Akurat szykuje się święto pieroga a ja znowu za wcześnie jestem :-(. Zjadam zatem dobrego loda i ciasteczko z cukierni, robię zdjęcia ciekawych miejsc w miasteczku, a w samo południe ruszam dalej pod Zespół Cerkiewny w Radrużu - jeden z najcenniejszych i najstarszych zabytków drewnianej architektury sakralnej w Polsce którego głównym elementem jest szesnastowieczna cerkiew pw. św. Paraskewy, która w 2013 roku została wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Zwiedzanie tylko zewnątrz z przewodnikiem o określonych godzinach. Za trzy kwadranse. Nie czekam. Wjeżdżam za to na pobliskie wzniesienie na którym znajduje się kaplica Rzymsko – Katolicka Matki Bożej Śnieżnej, która do czasów drugiej wojny światowej była greckokatolicką Cerkwią pw. Św. Mikołaja Cudotwórcy. Stojąc obok niej dojrzeć można granicę z Ukrainą, a dalsza moja droga przebiegać będzie bardzo blisko tej granicy. I muszę przyznać że to najbardziej podobający się mi etap. Fajne drogi, pusto i przyjemnie. A do tego gdy jestem ledwo 130 metrów od Ukrainy, na mojej drodze leży powalone drzewo, które jakoś udaje mi się przekroczyć z rowerem, i teraz wiem że nikt mnie nie przegoni samochodem, bynajmniej do najbliższego skrzyżowania ;-) Asfalcik przez las doprowadza mnie do tablicy: „Pomnik Przyrody Aleja Lipowa”. Mapy pokazują że na końcu alei znajduje się punkt widokowy. Jadę. Kilometr pod mocno odczuwalne wzniesienie, a na końcu nic. Pola z kukurydzą przez którą nie widać niczego. Dobrze że przynajmniej aleja między lipami mi się podoba, no i powrót jest z górki, więc jest ok. Zjechawszy z górki, wpada się wprost na starą gorzelnię w Hucie Kryształowej. Nic ciekawego, budynek będący ruiną. Szybka fotka i dalej, drogą przy której sporo różnych starych kapliczek. Po lewej prawosławne, po prawej katolickie. I tak aż pod Budomierz, gdzie na rzece Zawadówka znajduje się mały zbiornik wodny z nową wiatą i parkingiem rowerowym, ze świeżo posianą trawką. To miejsce chyba jeszcze nie było oficjalnie otwarte, bo pachnie nowością, a googlemaps nie pokazuje niczego w tym miejscu, choć z tego co tu widać i o czym doczytałem już w domu, działał tu młyn który zakończył działalność tuż po drugiej wojnie światowej. Nowa wiata, więc siadam by porobić sobie jedzonko z bułek i konserwy, które ma mi wystarczyć już do końca wycieczki. Oczywiście z pomidorkami ;-). Gdy kończę ‘kucharzenie” , zajeżdża do mnie rozgadany kolega. Z wyglądu już widać że kolarz pełną buzią. Strój, rower, gadana. Jedzie osiemnasty dzień – z Gdańska. Nieźle. Gadamy trochę o rowerowym życiu ;-). Wojtek codziennie wyszukuje hotelowego noclegu, przez co ma większe możliwości regeneracji niż ja. Ma zamiar jeszcze kilka dni popedałować. Dziś do Korczowej. Rozstajemy się , bo jednak mamy nieco różne tempo ;-). Wjeżdżam do lasu za Krowicą Samą a tam, świeżutki wyglądający jak smoła asfalt. Jakby dopiero wylany. Ale jedzie się super. Kawałek dalej na drodze przez las, traktor zajmujący całą drogę koszący trawę na poboczu. Jakoś się mijamy i dojeżdżam do Wólki Żmijowskiej gdzie zauważam Cerkiew pw. Narodzenia Najświętszej Maryi Panny. Jest to drewniana Cerkiew Greckokatolicka z 1896 roku nieczynna od czasów wojny, ale chyba powoli remontowana. Jadąc dalej trafiam do miejscowości z ciekawą nazwą – Wielkie Oczy :-), tutaj Cerkiew św. Mikołaja Cudotwórcy, Synagoga i sklep w którym można napić się lanego piwa z Tych za jedyne osiem złociszy. Spotykam tu Wojtka, rowerzystę spotkanego wcześniej. Sączy jogurcik, więc ja też nie biorę kufla, a coś tam 0%. Gadamy jeszcze chwilę, bo żadnemu z nas nie chce się ruszać, no ale w końcu trzeba. On ma już opłaconą rezerwację w Korczowej a ja chcę pozostać gdzieś przed tym granicznym miasteczkiem. Pedałuję jeszcze pięć kilometrów i wjeżdżam w skrótową w porównaniu do trasy szlaku, dróżkę prowadzącą w pola wzdłuż wyschniętego potoku Łazanka. Gdy wydaje mi się że jestem w bezpiecznym miejscu w którym pozostanę nie zauważony, kończę etap i rozbijam namiot. Akurat po drugiej stronie pola wjeżdża traktor z dopiętą belką opryskową szeroką na dobre dwanaście metrów i zaczyna jeździć po polu. Gdy słyszę, że jest kilkanaście metrów od mego namiotu, wychodzę przywitać się i powiedzieć co tu robię, tak by rolnik czasami nie zgłaszał nie wiadomo komu, mojej obecności. Dochodzimy do porozumienia i pan jeździ sobie dalej, a ja idę spać. Ostatnia nocka na tej wycieczce. :-) Przejechałem 85 km.