Już o siódmej budzi mnie napierające bez litości swym gorącem w ściany namiotu słonko. Muszę wstawać i szybko się zwijać. Robię to i tuż po ósmej ruszam na dzisiejszy spływ. Ma być gooooorąco. Sam start średnio udany, bo wodując kajak z wysokiej skarpy nie zauważyłem że z gniazda steru, ster wysunął się i wpadł do wody. Zauważyłem to dopiero na pierwszym zakręcie, gdy kajak nie reagował na moje próby sterowania. Gdy znalazłem już miejsce na dogodne wyjście i wyłowienie steru, ten miał już tak poskręcane linki, że ich odkręcenie i odplątanie zajęło mi chyba z minutę :-). No i wreszcie mogę ruszyć na serio, a ster na tym początkowym odcinku wydaje się być niezbędny. Ledwo wyrabiam na niektórych ostrych zakrętach, ale jakoś idzie, zwłaszcza że póki co na rzece dosyć pusto i spokojnie, a taki stan rzeczy utrzymuje się prawie półtorej godziny, po których za mostem w Sudzinie wytacza się na wodę cała horda kajaków, przeszkoda nie do pokonania Po trzech godzinach za mną Krzętów i kolejne dwie grupki kajakarzy weekendowych, a ja zaczynam odliczać kilometry do planowanej mety, tak jak bym właśnie rozpoczął spływ. A to dlatego że planuję dopłynąć do zaprzyjaźnionej przystani Kajmary którą ostatnio corocznie odwiedzam, a której właściciele – Jola z Marcinem zawsze mnie goszczą po królewsku, za co w tym miejscu serdecznie dziękuję :-). No ale nim zostanę ugoszczony w tym roku, muszę jeszcze powiosłować blisko siedem godzin, a nad głową grzeje coraz mocniej. Płynę. Mijam złomowe resztki koła młyńskiego, które widziałem kilkanaście lat temu, jak nawadniało pobliskie pola, mijam pustą, a ładnie rozbudowaną przystań z wieloma parasolami pod którymi nikogo dziś nie ma, a w samo południe jestem obok miejsca w którym co roku spotykam, stado kudłatych krów rasy szkockiej, i nie tylko krów, byki też były :-). Tym razem nie tylko na brzegu, całe stado stoi w rzece. Na szczęście najwyższy byk na mnie tylko spojrzał i ruszył w stronę brzegu, tak jak większość tego wielkiego stada. Pół godziny później kolejna wizualna niespodzianka. Na brzegu mocno opisanym jako prywatny, biega sobie ptaszek – dudek, którego nawet udaje się jako tako sfotografować. Jeszcze nie ochłonąłem po dudku, bo to dla mnie niecodzienny widok, a tu na niebie krąży wokół mnie jakiś drapieżnik. Chyba poluje a wygląda na rudą kanię. Fajnie. Na zegarze zbliża się trzynasta i most w Przedborzu przed którym kilka bystrzy do pokonania na spokojnie. Gorzej pod mostem, bo trzeba uważać na wystające kołki. Za mostem na przystani przerwę na popas zalicza jakaś parka, której deski SUP owe z bagażem czekają na nich na brzegu. Za Przedborzem zwykle nieco mi się już nudzi, ale w końcu za mną już dystans maratoński, za to brzegi widokowe z białym piaseczkiem, dziś oblężone przez wypoczywających letników. Na wysokiej skarpie na lewym brzegu z której dwa lata temu rowerzysta robił mi fotkę, dzisiaj grupa czeskich kajakarzy skacze w stronę wody mając przy tym super ubaw, tak jak ich widzowie siedzący przy kajakach na drugim brzegu. Zaczynam wyprzedzać coraz więcej kajaków wypożyczonych przez moich dzisiejszych gospodarzy, co daje mi kopa i nadzieję na dotarcie do celu. Jest na brzegu tabliczka informująca o dystansie który pozostał jeszcze do pokonania. Najpierw 22 km, później 13, jeszcze 7 i w końcu 500 metrów do końca. Uff. Dałem radę. 66 kilometrów w niespełna dziesięć godzin. Pora na odpoczynek, choć moi gospodarze aż do zmroku obrabiają kajaki, które przypłynęły, a trzeba je przygotować na następny dzień. Po zmroku chwila luzu przy browarku i po powitaniu niedzieli udajemy się na zasłużony odpoczynek.