Niedziela budzi mnie szybko, już o piątej – browary zrobiły swoje. Słonko już wstaje, ale próbuję jeszcze pospać. Wstaję o siódmej bo słońce nie pozwala już poleżeć. Pół godziny później gotowy już jestem do drogi. Czekam jeszcze by pożegnać się z Gospodarzami i o ósmej ruszam w drogę. Dzisiejszy etap ma mnie zaprowadzić do zalewu Sulejowskiego. Na wodzie spokój, bo jak mówili mi Jola z Marcinem w związku z zapowiedziami rekordowych temperatur dzisiaj, kilka grup odmówiło dzisiejsze spływanie. W co ładniejszych miejscach kajakarze jeszcze na brzegu, zbierają się do spływu, są i kajaki uwiązane do drzewa na zakolu 180 stopniowym. Tuż po jedenastej mijam Sulejów w którym na spokojnie witała mnie rodzinka łabędzia z dwoma małymi brzydkimi kaczątkami. Jeszcze kilka plaż z mnóstwem ludzi i płynąca wprost na mnie ropucha no i wbijam się w jeziorko. Jest prawie południe i ciężko się wbić. Mewy nie pływają tylko chodzą po dnie. Udaje mi się jednak dotrzeć na głębszą wodę bez wysiadania i teraz już spokojnie w temperaturze powietrza takiej jak u zdrowego człowieka, po lekcyjnej godzinie dopływam do przystani na cyplu gdzie czeka już na mnie transport powrotny. Dałem radę mimo upału zrobić przez ten weekend 97 kilometrów. A dla statystyki hydrologicznej dodam tylko że poziom wody na wodowskazie w Przedborzu wskazywał 188 cm. w czasie mojego przepływu obok niego. No i tak się złożyło, że właśnie na Pilicy przyszło mi bić rekordy pływania w najwyższych i najniższych temperaturach. Kiedyś tam po sylwestrze w temperaturze minus 16 st.C, w ten weekend w 36 st. C. Ufff.