Po pracy i objedzie jadę na rowerze na dworzec w Katowicach. Jest upalnie. po 17:00 podjeżdża pociąg do Białegostoku i już pierwszy zgrzyt. Mam bilet z rowerem do wagonu nr 6 a pani z „drużyny konduktorskiej” wraz z rowerem każe mi iść do wagonu nr 4. Oczywiście nie ma tam miejsca na które mam bilet, ale póki co jest kilka wolnych miejsc, siadam zatem za rowerem i mam to szczęście że udaje mi się na tym miejscu bez przeszkód dojechać do końca trasy, aczkolwiek wielu ludzi wsiadających nie wie gdzie siadać ponieważ zmienił się skład pociągu. W Częstochowie dosiada się spora grupa pielgrzymów, wszak jutro 15 sierpnia i kulminacja pielgrzymek na Jasnej Górze, ale niektórzy pielgrzymi już dzisiaj wracają do domu po odbyciu pieszych pielgrzymek na przykład z Warszawy. Do mnie przysiada się miła i rozmowna pani z którą na opowieściach pielgrzymkowo-kajakowo-rowerowych schodzi nam prawie cała podróż. Ona wysiada dwie stacje przed Białymstokiem, a mnie pozostaje szykować już rower by odjechać nim od dworca gdzieś zanocować. Pociąg opóźniony dobre pół godziny, jest już północ. Odjeżdżam 8 km. W kierunku stawów Dojlidy i rozbijam się pomiędzy ogólnodostępnym jeziorkiem a groblami stawów rybnych skąd w nocnej ciszy dochodzą do mnie głosy nocnych wędkarzy. Dlatego moje rozbijanie odbywało się w całkowitej ciszy i ciemności, gdyż wjazd nad stawy nie był ogólnodostępny. Może jedynie dla lisów z których jeden przebiegł mi przed prowadzonym rowerem.